22 maja 2017

Post o zwykłej niedzieli


Potrzebuję zwyczajnych niedziel! Czasu, który nie przecieknie nam między palcami. Potrzebuję długich poranków, gofrów na śniadanie i kilku opowiastek, które czyta Dominikowi Sław. Potrzebuję, by wypity kubek kawy otwierał dzień, a nie go zamykał, bo praca, bo obowiązki, bo wszystko inne. Potrzebuję słońca, które nie schowa się od razu w chwili, gdy wreszcie możemy wszyscy razem wyjść na zewnątrz, nacieszyć się spacerami i sobą nawzajem.

Choróbsko ostro dało mi popalić; gdy inni wylegiwali się na słońcu - ja dygotałam w gorączce. Gdy wszyscy pokazywali zdjęcia pociech z piaskownicy, ja błagałam zegar, by pokazywał już wieczorną porę, gdy Sław wracał i zabierał Dominiego na krótki spacer, bo za dnia nie dałam rady. Przynajmniej mieszkanie wyglądało świetnie, bo co innego mogłam robić...


By przełamać ten schemat (mimo kaszlu i kataru, które mi nie odpuszczają), wczoraj spędziliśmy wspaniałą niedzielę! Poranne wylegiwanie się w łóżku plus naleśniki z owocami do kawy i radosny Domini, który mógł szaleć z tatą do woli - czego chcieć więcej? Łapię się na tym, że zapamiętuję każdy fragment, choćby najkrótszy, tego naszego, wspólnego czasu. Nie szukam już nawet usprawiedliwień, gdy zamiast przygotować dwudaniowy obiad, na stole ląduje szybka zapiekanka makaronowa (rozgrzeszam się dodaniem do niej brokułów, przecież są zdrowe!). Liczymy się my: Dominik, Sław i ja. Mam świadomość, że dzieciństwo Dominika minie zbyt szybko. Już teraz mój Mały chodzi, a przecież niedawno temu był taki maleńki, taki nieporadny! Czas więc, by solidnie zabrać się za dokumentowanie naszych wspomnień. Na pamiątkę, w nagrodę i na przyszłość! Dla nas. A przede wszystkim dla Dominika, by kiedyś mógł wrócić do tych dni, które minęły nam na beztroskiej zabawie, podczas której okazujemy mu całą naszą miłość i radość z tego, że jest naszym dzieckiem.

Tylko niedziele są zupełnie nasze. Tylko wtedy nie spieszymy się donikąd i nie musimy zamieniać piżam na coś bardziej odpowiedniego. Spoglądam na moich Chłopców, którzy w tygodniu za sobą tęsknią, ale pracy nie da się przeskoczyć... Spoglądam za okno i ponosi mnie radosna zieleń drzew, które Dominik podgląda ostatnio z taką uwagą. Uwielbiam nas i nasze życie. Będę powtarzać to do znudzenia! I wiecie co?

Ukoronowaniem niedzieli zazwyczaj jest wyjazd nad morze, więc zabieram Was do Ustki, gdzie, wieczorową porą mój Syn obserwował fale, przywołując je i piszcząc, gdy zbliżały się do niego tak bardzo! Zabieram Was do Ustki, którą znam już jak własną kieszeń, ale... za każdym razem wygląda równie pięknie! Zabieram Was do Ustki, na drugą stronę, tę mniej miejską, gdzie na plaży było ledwie kilka osób! Zabieram Was na romantyczny spacer! I rodzinny spacer!



 










Wszystkim, którzy jeszcze nie wiedzą, gdzie w tym roku wybrać się nad morze, mogę napisać tylko to - U S T K A, Kochani! USTKA! To jedna z najpiękniejszych miejscowości nad naszym Bałtykiem. Nienachalny urok małego miasteczka niezmącony jest kiczem i jarmarczną przysłoną. Ustka zachwyca detalami. Domkami, które pamiętają pierwszych rybaków. Kutrami, które wypływają na połów. Architekturą wyrozumiałą i świadomą. Nie ma w niej przykrej przypadkowości. Ustka ma swoją sylwetkę, zarysowaną bardzo wyraźnie. Jest w niej coś europejskiego, coś kurortowego (na przekór miejscowościom wyjętym spomiędzy chińskiej tandety). A przede wszystkim ustecka plaża zaprasza już z oddali, by przysiąść nad brzegiem, by rozłożyć koc i pobiec na spotkaniem falom.


Dobrego poniedziałku, niech się nam to lato ładnie rozwiośnia przy maju :)
Słońca! I tygodnia pełnego wrażeń!



Brak komentarzy

Prześlij komentarz