• Post pierwszy, nieśmiały

    Dalej


  • Post o ojcostwie, czyli mama może odpocząć

    Dalej


  • Post trochę jak portret własny

    Dalej


  • Post o początku kwietnia

    Dalej

17 stycznia 2018

Spacer zimowy


Czasem czas się dla mnie zatrzymuje, mimo niezdarności tego sformułowania. Idealne momenty przychodzą i przeciągają się niczym koty na koniuszkach moich rzęs, i dałabym głowę, że mruczą rozkosznie. Kilka stop-klatek, które mimochodem wpisują się na listę wspomnień (tych wyjątkowych, pielęgnowanych). Kilka stop-klatek, które chciałabym oglądać w nieskończoność, zmieniając tylko kąty patrzenia.

Dziś była u nas podręcznikowa zima (może do jutra się jeszcze utrzyma?). Należało więc pomyśleć o bitwie na śnieżki, prawdziwym bałwanie z jeszcze prawdziwszym garnkiem na głowie i o odzianiu się "jak na Sybir". Ku wielkiej wspólnej frajdzie dziadek wyjął moje stare sanki, a Dominik pierwszy raz tak aktywnie bawił się w śniegu podczas rundki testowej. Gdy poszedł na drzemkę matka konstruktorka domontowała oparcie do sanek. Wyłożyła je ciepłymi kocami i czekała. I czekała. I czekała. Aż po godzinie szesnastej nie wytrzymała i postawiła interweniować: przebudzić z drzemki śpiącego syna, a kiedy już wreszcie Domini wstał...

Więcej z kategorii "Moja codzienność"

8 stycznia 2018

Cicho mi


"Północ jest cicha, ona pozwala
z lekką pościelą w świat się oddalać.
Jestem zbyt nisko, by spadać"

Za mną kolejny miesiąc milczenia. Kolejny miesiąc wyciszenia. A może nawet wycofania. Miesiąc grudniowy. Świąteczny. Pyszny, pachnący, rozbiegany, rozplanowany, po brzegi sekund wypełniony, upstrzonym brokatem i szkłem potłuczonych bombek. Naznaczony smakiem karpia, którego nigdy nawet nie spróbuję. I makiełek. I pierogów. Słodyczy przyciągających. I pomarańczy od dziadka. Grudzień nielekki, bo znów coś, gdzieś. Mój grudzień. Z pierwszą prawie samodzielnie skomponowaną i wykonaną kolacją wigilijną, z milionem nowych aut, autek i auteczek dla Dominika. I z tym prawdziwym, które dzień przed Wigilią zaniemogło skutecznie i nieruchomo. Grudzień z migawką słupską. I z moją nogą skręconą już prawie na mecie. Z Sylwestrem, z przejściem: 2017r. na 2018r.

1 grudnia 2017

Widać. Nie widać. Trochę widać. Nie widać. O, teraz trochę widać!


Pomiędzy rozjazdami, pomiędzy nowymi obowiązkami, pomiędzy tym, co konieczne, choć nie zawsze miłe - rodzi się taka chwila, jak ta. Idealnie skąpana w ciszy, aromatyzowana cynamonem (którym nastrajam się już zimowo). Chwila wytchnienia i refleksji, gdy mój Mały Chłopiec chrapie nieopodal, w rytmie snów, oby ładnych; a ten Większy właśnie dzwonił z Francji, że mu tam bezpiecznie i ładnie, i miło :)

Ostatnio tyle się u mnie dzieje. Ostatnio pisałam do Was i dla Was w czerwcu, dziś rozpoczyna się grudzień. Czas biegnie jak szalony, a ja staram się za nim nadążyć! Staram się to moje bycie TU i TERAZ akcentować najmocniej, jak to możliwe, choć sytuacja na froncie wygląda tak: żyjemy na dwa domy - jeden w Słupsku, jeden u dziadków, mąż zmienił pracę - na lepszą (ku chwale ojczyzny!), przed nami widmo przeprowadzki i to wcale nie w nadmorskie strony - ze względów praktycznych, by łatwiej nam było panować nad codziennością. Choroba babci na dobre determinuje każdy kolejny mój dzień. Dziś jestem tutaj, w domu który pamięta moje pierwsze kroki, wakacje pewnie wszystkie, kiedy kończył się rok szkolny; ale w przyszły weekend liczę na wyjazd do nas, do naszego mikro mieszkanka, które już czeka, ustrojone w bombki czerwone i złote, i zielone!  Wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie, a ja kurczowo łapię się tego, by wyciągać ile się da z chwil najprostszych, gdy spacer smakuje słodką bułką i wygląda oszronionymi pajęczynami. Gdy śmiech Dominika brzmi w moich uszach muzyką spełnienia. Gdy wiem, że u wszystkich dobrze się dzieje.

28 czerwca 2017

Odrobina miłości...


Tamtej soboty było pięknie! Słońce idealnie wpisywało się w nasze lekko podenerwowane nastroje, a ja w duchu czekałam na deszcz. Na te kilka kropel, które uspokoją trzęsienie ziemi pod moim stopami - przysięgłabym, że odczuwałam ruchy tektoniczne! Wyraźnie brakowało mi dżdżu, a prognozy pogody wcale go nie przewidywały... A jednak, tuż przed wyjściem do kościoła pierwsze zimne strużki spłynęły po moich ramionach, a ja czułam, że teraz będzie już tylko pięknie! Kiedy wsiadaliśmy do samochodu asystowały nam parasole, a my wiedzieliśmy, że za moment powiemy sobie TAK. Po 8 latach razem. Na zawsze. Mieliśmy przecież siebie, nasze rodziny i przyjaciół. I dobrą wróżbę z nieba!

Wczoraj minęły 2 lata od naszego ślubu. Dwa lata wzajemnego dopasowywania się, pokonywania trudności i dzielenia radości. Dwa zwykłe lata, żadnych rewolucji. A ukoronowaniem naszego małżeństwa jest pojawienie się na świecie Dominika. W zeszłym roku świętowaliśmy rocznicę z naszym niespełna dwumiesięcznym Chłopcem. W tym - Domini biega, wspina się, otwiera wszystko i zna już każdy zakamarek naszego mieszkania. Jest więc zupełnie inaczej. A do tego... wczoraj uknuliśmy plan, jak spędzimy naszą rocznicę w przyszłym roku :)

26 czerwca 2017

10 sposobów na radzenie sobie ze zmianą planów!


W życiu, jak to w życiu - nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem pierwotnym. A to samochód nawali, a to pogoda oklapnie, albo rura w łazience pęknie. Wymieniać można długo. I przygnębiająco. I cóż - misternie układany scenariusz na spędzenie miłego weekendu - można zmiąć i do kosza wrzucić. Ale... czy to powinno powstrzymywać nas przed uczynieniem weekendu przyjemnym? Czy naprawdę jedna przeciwność (a może nawet cała lawina przeszkód) musi skutecznie umniejszać potencjał wolnych chwil?

Tak się jakoś złożyło, że od nieco wcześniejszego powrotu Sława do domu w sobotę mieliśmy plan, jak rozgospodarować czas, by nie okazało się, że właściwie to już poniedziałek. W sobotę miała się odbyć wyprawa nadmorska (Justyna, przepraszam, ale na dniach się wybierzemy!), a niedzielę mieliśmy przeleniuchować na działce teściów, z grillem jako stołówką, i dzieckiem hasającym między drzew(k)ami. Plan niezbyt ambitny, ale jakże przyjemny w zamyśle. I co? - w sobotę nie dało rady, bo dziecko postanowiło spać i spać, i spać: popołudniowa drzemka to rzadkość, tym razem padł jednak rekord - dowieczorny. Natomiast niedziela upłynęła pod znakiem deszczu na zmianę z deszczem: raz ledwie mżyło, a raz lało jak z cebra, należało więc porzucić marzenia o działeczce.