• Post pierwszy, nieśmiały

    Dalej


  • Post o ojcostwie, czyli mama może odpocząć

    Dalej


  • Post o początku kwietnia

    Dalej


  • Post trochę jak portret własny

    Dalej

28 czerwca 2017

Odrobina miłości...


Tamtej soboty było pięknie! Słońce idealnie wpisywało się w nasze lekko podenerwowane nastroje, a ja w duchu czekałam na deszcz. Na te kilka kropel, które uspokoją trzęsienie ziemi pod moim stopami - przysięgłabym, że odczuwałam ruchy tektoniczne! Wyraźnie brakowało mi dżdżu, a prognozy pogody wcale go nie przewidywały... A jednak, tuż przed wyjściem do kościoła pierwsze zimne strużki spłynęły po moich ramionach, a ja czułam, że teraz będzie już tylko pięknie! Kiedy wsiadaliśmy do samochodu asystowały nam parasole, a my wiedzieliśmy, że za moment powiemy sobie TAK. Po 8 latach razem. Na zawsze. Mieliśmy przecież siebie, nasze rodziny i przyjaciół. I dobrą wróżbę z nieba!

Wczoraj minęły 2 lata od naszego ślubu. Dwa lata wzajemnego dopasowywania się, pokonywania trudności i dzielenia radości. Dwa zwykłe lata, żadnych rewolucji. A ukoronowaniem naszego małżeństwa jest pojawienie się na świecie Dominika. W zeszłym roku świętowaliśmy rocznicę z naszym niespełna dwumiesięcznym Chłopcem. W tym - Domini biega, wspina się, otwiera wszystko i zna już każdy zakamarek naszego mieszkania. Jest więc zupełnie inaczej. A do tego... wczoraj uknuliśmy plan, jak spędzimy naszą rocznicę w przyszłym roku :)

Więcej z kategorii "Moja codzienność"

26 czerwca 2017

10 sposobów na radzenie sobie ze zmianą planów!


W życiu, jak to w życiu - nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem pierwotnym. A to samochód nawali, a to pogoda oklapnie, albo rura w łazience pęknie. Wymieniać można długo. I przygnębiająco. I cóż - misternie układany scenariusz na spędzenie miłego weekendu - można zmiąć i do kosza wrzucić. Ale... czy to powinno powstrzymywać nas przed uczynieniem weekendu przyjemnym? Czy naprawdę jedna przeciwność (a może nawet cała lawina przeszkód) musi skutecznie umniejszać potencjał wolnych chwil?

Tak się jakoś złożyło, że od nieco wcześniejszego powrotu Sława do domu w sobotę mieliśmy plan, jak rozgospodarować czas, by nie okazało się, że właściwie to już poniedziałek. W sobotę miała się odbyć wyprawa nadmorska (Justyna, przepraszam, ale na dniach się wybierzemy!), a niedzielę mieliśmy przeleniuchować na działce teściów, z grillem jako stołówką, i dzieckiem hasającym między drzew(k)ami. Plan niezbyt ambitny, ale jakże przyjemny w zamyśle. I co? - w sobotę nie dało rady, bo dziecko postanowiło spać i spać, i spać: popołudniowa drzemka to rzadkość, tym razem padł jednak rekord - dowieczorny. Natomiast niedziela upłynęła pod znakiem deszczu na zmianę z deszczem: raz ledwie mżyło, a raz lało jak z cebra, należało więc porzucić marzenia o działeczce.

22 czerwca 2017

O Tacie i Tacie


Czwartkowe przedpołudnie kołysze się dziś w rytmie starych przebojów, które przenoszą mnie w czasie. Zamiast czerwca 2017' celuję w lata 60. Beatlesi i spółka przygrywają nam do pierwszych zabaw tego dnia. Domini tańczy i śpiewa, a jego: "na na na" rysuje się moim uśmiechem. Jest nam tak dobrze, że nawet upał (za którym nie przepadam) nie przeszkadza... Mamy w planach pyszny obiad (może ktoś wpadnie na zapiekankę z warzywami i beszamelem?) i wyjście na spacer tropem słupskich murali. Zobaczymy czy się uda, bo równie kusząco brzmi opcja pikniku na działce, tym bardziej, że słój wody arbuzowo-limonkowej już się pyszni na kuchennym barze ;)

Za moment, mgnienie oka  - przyjdzie Dzień Taty. Dzień wszystkich ojców. Tych, którzy angażują się w życie swoich dzieci i tych, którzy aktywni wychowawczo są tylko od święta. Dzień, który skłania do wielu przemyśleń, ale dziś nie będę skupiała się na sprawach teoretycznych, bo wciąż aktualny jest jeden z najpopularniejszych postów na moim blogu Post o ojcostwie, czyli mama może odpocząć. Dziś natomiast chcę Wam opowiedzieć o dwóch najfajniejszych mężczyznach, których znam, a którzy są ojcami. I idę o zakład, że wiecie kogo mogę mieć na myśli ;)

20 czerwca 2017

Post wtorkowo-niedzielny


Mam wrażenie, że żyjemy od niedzieli do niedzieli. Naprawdę. Czekamy przez mijający tydzień na jedyny dzień, który możemy spędzić naprawdę razem: od przebudzenia aż do zaśnięcia. I wtedy opadają ze mnie wszystkie stresy, myśli dają się przeczesywać gładko, a niedzielny obiad aż prosi się o dokładkę. Tacy jesteśmy. Taki cykl daje nam poczucie bezpieczeństwa i szczęścia... Staramy się również, by te niedziele, choć leniwe i zupełnie spontaniczne - nie były pozbawione dodatkowych atrakcji: a to wyjazd na działkę, a to wypad do dziadków, albo zwyczajna wyprawa na plażę. Ważne, by nie było patrzenia na zegarek, spieszenia się i spinania. Niedziela ma przynosić ulgę i wytchnienie! Dlatego dzisiaj wpadam do Was z postem poniekąd niedzielnym :) Ale za nim o tym, to...

Miałam ostatnio mały kryzys blogowy, choć nie tylko. Kryzys ten wynikał i nadal wynika stąd, że mój mały blog został ODKRYTY. Ale został odkryty nie przez osoby, przez które bym chciała... Od zawsze pisanie sprawiało mi radość i naprawdę z frajdą przyjmuję Wasze komentarze, w których piszecie, że się Wam u mnie podoba. To miłe. I budujące.

9 czerwca 2017

Co z tą Łebą?!


Mieszkanie nad morzem to przywilej. W wielu moich postach przewija się taka właśnie złota myśl, bo ja w gruncie rzeczy nigdy nie zacznę być dziewczyną stąd, znad morza. Zawsze będę Wielkopolanką, choćby się biło i waliło. I dlatego też - każdy, nawet najkrótszy wypad na bałtyckie plaże, traktuję jak wyjazd wakacyjny, małe święto i przebłysk urlopowy. Ma to bardzo wiele zalet: nadmorskość mnie nie nudzi, a fascynuje i pociąga. Klimat portowy, powiew bryzy na twarzy i widok statków znikających za horyzontem doskonale wpływają na mój nastrój. Czuję się jak dziecko, gdy ukradkiem (naprawdę ukradkiem), przesypuję piasek między palcami, żeby nikt nie odkrył, że to całe plażowanie sprawia mi aż taką frajdę! Łapczywym wzrokiem wyłapuję mewy na niebie, mewy na piasku, mewy na palach - i patrzę na mewi lot, pełen gracji, z rozdziawioną buzią. Wyciągam męża do portu, choć on mi mówi, że dziś mu się nie chce, że jednostki te same, a kutry już wypłynęły/ powróciły. Wszystko to razem tworzy moją marynistyczną mozaikę, bez której nie wyobrażam już sobie mojego bycia.

Mieszkanie nad morzem to również spore możliwości. Przede wszystkim poznawania różnych miejsc, bo wiadomo, jedna plaża odwiedzana milion razy pod rząd w końcu straci cały swój urok i nie uratuje jej urody nawet najpiękniejszy zachód słońca (jeżeli ogląda się go po raz tysięczny z rzędu). Z tej też przyczyny powzięliśmy ze Sławem postanowienie, że choć najbliżej nam do Ustki, Poddąbia i Orzechowa - to nasze nadmorskie eskapady nie będą ograniczały się właśnie do tych 3 punktów na mapie. I powiem Wam, że z realizacją tego postanowienia jest u nas całkiem nieźle: w przeciągu niespełna półrocza byliśmy kilkukrotnie i w Rowach, i w Trójmieście. Za nami wyprawa Wydmą Czołpińską i najbardziej niezwykły powrót plażą do auta (gdy prawie zgubiliśmy szlak, a przynajmniej takie mieliśmy wrażenie).