Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moja codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Moja codzienność. Pokaż wszystkie posty

10 sierpnia 2018

Najmilsze, nieoczywiste!


Układam dziś zdania niespiesznie. Myśli szereguję odcieniami szarości. Jestem tutaj. Wolna. Spełniona i niespełniona. Z przykurzonym blogiem, przygaszonym przywiązaniem.

Wczoraj Ktoś Bardzo Ważny napisał do mnie dwie wiadomości: kurtuazyjną, powitalną. I drugą - dzięki której czuję dziś, że jestem. Od dawien dawna można mnie słowami uwodzić, budować, wznosić, kochać, ale i łamać, ranić i ganić. Jestem tą słowolubną, słowoczułą. Tą, dla której każde słowo ma znaczenie, ma swoje miejsce, swoje wnętrze szkatułkowe.
Wczoraj Ktoś Bardzo Ważny sprawił, że kilka słów, a może nawet tylko jedno, każe mi się uśmiechać, każe mi iść do przodu. Dziękuję!
W Idealnej Chwili, w miejscu nieidealnym, w czasie nieidealnym, z dala od tego, co idealne - moje myśli się rozjaśniły, bo tak rzadko ktoś trafia Wgłąb Mojej Duszy. Bo czasem nawet nie widząc się od liceum - wspomnienia i serdeczność dalej wiodą od codziennej relacji na komunikatorach.

17 stycznia 2018

Spacer zimowy


Czasem czas się dla mnie zatrzymuje, mimo niezdarności tego sformułowania. Idealne momenty przychodzą i przeciągają się niczym koty na koniuszkach moich rzęs, i dałabym głowę, że mruczą rozkosznie. Kilka stop-klatek, które mimochodem wpisują się na listę wspomnień (tych wyjątkowych, pielęgnowanych). Kilka stop-klatek, które chciałabym oglądać w nieskończoność, zmieniając tylko kąty patrzenia.

Dziś była u nas podręcznikowa zima (może do jutra się jeszcze utrzyma?). Należało więc pomyśleć o bitwie na śnieżki, prawdziwym bałwanie z jeszcze prawdziwszym garnkiem na głowie i o odzianiu się "jak na Sybir". Ku wielkiej wspólnej frajdzie dziadek wyjął moje stare sanki, a Dominik pierwszy raz tak aktywnie bawił się w śniegu podczas rundki testowej. Gdy poszedł na drzemkę matka konstruktorka domontowała oparcie do sanek. Wyłożyła je ciepłymi kocami i czekała. I czekała. I czekała. Aż po godzinie szesnastej nie wytrzymała i postawiła interweniować: przebudzić z drzemki śpiącego syna, a kiedy już wreszcie Domini wstał...

1 grudnia 2017

Widać. Nie widać. Trochę widać. Nie widać. O, teraz trochę widać!


Pomiędzy rozjazdami, pomiędzy nowymi obowiązkami, pomiędzy tym, co konieczne, choć nie zawsze miłe - rodzi się taka chwila, jak ta. Idealnie skąpana w ciszy, aromatyzowana cynamonem (którym nastrajam się już zimowo). Chwila wytchnienia i refleksji, gdy mój Mały Chłopiec chrapie nieopodal, w rytmie snów, oby ładnych; a ten Większy właśnie dzwonił z Francji, że mu tam bezpiecznie i ładnie, i miło :)

Ostatnio tyle się u mnie dzieje. Ostatnio pisałam do Was i dla Was w czerwcu, dziś rozpoczyna się grudzień. Czas biegnie jak szalony, a ja staram się za nim nadążyć! Staram się to moje bycie TU i TERAZ akcentować najmocniej, jak to możliwe, choć sytuacja na froncie wygląda tak: żyjemy na dwa domy - jeden w Słupsku, jeden u dziadków, mąż zmienił pracę - na lepszą (ku chwale ojczyzny!), przed nami widmo przeprowadzki i to wcale nie w nadmorskie strony - ze względów praktycznych, by łatwiej nam było panować nad codziennością. Choroba babci na dobre determinuje każdy kolejny mój dzień. Dziś jestem tutaj, w domu który pamięta moje pierwsze kroki, wakacje pewnie wszystkie, kiedy kończył się rok szkolny; ale w przyszły weekend liczę na wyjazd do nas, do naszego mikro mieszkanka, które już czeka, ustrojone w bombki czerwone i złote, i zielone!  Wszystko się zmienia jak w kalejdoskopie, a ja kurczowo łapię się tego, by wyciągać ile się da z chwil najprostszych, gdy spacer smakuje słodką bułką i wygląda oszronionymi pajęczynami. Gdy śmiech Dominika brzmi w moich uszach muzyką spełnienia. Gdy wiem, że u wszystkich dobrze się dzieje.

26 czerwca 2017

10 sposobów na radzenie sobie ze zmianą planów!


W życiu, jak to w życiu - nie zawsze wszystko idzie zgodnie z planem pierwotnym. A to samochód nawali, a to pogoda oklapnie, albo rura w łazience pęknie. Wymieniać można długo. I przygnębiająco. I cóż - misternie układany scenariusz na spędzenie miłego weekendu - można zmiąć i do kosza wrzucić. Ale... czy to powinno powstrzymywać nas przed uczynieniem weekendu przyjemnym? Czy naprawdę jedna przeciwność (a może nawet cała lawina przeszkód) musi skutecznie umniejszać potencjał wolnych chwil?

Tak się jakoś złożyło, że od nieco wcześniejszego powrotu Sława do domu w sobotę mieliśmy plan, jak rozgospodarować czas, by nie okazało się, że właściwie to już poniedziałek. W sobotę miała się odbyć wyprawa nadmorska (Justyna, przepraszam, ale na dniach się wybierzemy!), a niedzielę mieliśmy przeleniuchować na działce teściów, z grillem jako stołówką, i dzieckiem hasającym między drzew(k)ami. Plan niezbyt ambitny, ale jakże przyjemny w zamyśle. I co? - w sobotę nie dało rady, bo dziecko postanowiło spać i spać, i spać: popołudniowa drzemka to rzadkość, tym razem padł jednak rekord - dowieczorny. Natomiast niedziela upłynęła pod znakiem deszczu na zmianę z deszczem: raz ledwie mżyło, a raz lało jak z cebra, należało więc porzucić marzenia o działeczce.

20 czerwca 2017

Post wtorkowo-niedzielny


Mam wrażenie, że żyjemy od niedzieli do niedzieli. Naprawdę. Czekamy przez mijający tydzień na jedyny dzień, który możemy spędzić naprawdę razem: od przebudzenia aż do zaśnięcia. I wtedy opadają ze mnie wszystkie stresy, myśli dają się przeczesywać gładko, a niedzielny obiad aż prosi się o dokładkę. Tacy jesteśmy. Taki cykl daje nam poczucie bezpieczeństwa i szczęścia... Staramy się również, by te niedziele, choć leniwe i zupełnie spontaniczne - nie były pozbawione dodatkowych atrakcji: a to wyjazd na działkę, a to wypad do dziadków, albo zwyczajna wyprawa na plażę. Ważne, by nie było patrzenia na zegarek, spieszenia się i spinania. Niedziela ma przynosić ulgę i wytchnienie! Dlatego dzisiaj wpadam do Was z postem poniekąd niedzielnym :) Ale za nim o tym, to...

Miałam ostatnio mały kryzys blogowy, choć nie tylko. Kryzys ten wynikał i nadal wynika stąd, że mój mały blog został ODKRYTY. Ale został odkryty nie przez osoby, przez które bym chciała... Od zawsze pisanie sprawiało mi radość i naprawdę z frajdą przyjmuję Wasze komentarze, w których piszecie, że się Wam u mnie podoba. To miłe. I budujące.

7 czerwca 2017

Majowo w czerwcu


Kiedy moi Chłopcy śpią... mam chwilę czasu dla siebie. Moment idealnie umoszczony na zielonej kanapie, w asyście żabiego rechotu. Moment o smaku schłodzonego arbuza. Poświata zachodzącego słońca przemieniała się na moich oczach w szarą kotarę, za którą schował się dłuuugi dzień. Wieczory są moje. Pełne słów wyczytywanych (aktualnie zaczytuję się w Duchowym życiu zwierząt), soczyste od smaku owoców, których zapach przenosi mnie czasem w zupełnie inne światy, jasne od błękitu, który zapisuje się we mnie co dnia. Bo ja, moi Mili, jestem niebieska! Zawsze byłam, bez wątpliwości, z zachwytu (nie smutku)!

Tymczasem kalendarz spoziera na mnie groźnie, dając sygnał, że właśnie rozpoczyna się szósty miesiąc tego roku! Połowa! I... ja się pytam: kiedy to zleciało? No kiedy? Tyle rzeczy miałam zrobić, tyle spraw, celów, marzeń, planów, a tu już półrocze! Na szczęście nie mam zamiaru umartwiać się w karze... za niedociągnięcia. Życie wciąga, czasem nie mam kwadransa na odpoczynek, więc jeśli coś przesuwa się w czasie... to uznaję to za naturalny stan, bo w życiu niekiedy trzeba być elastycznym. Moje priorytety się nie zmieniają :) Moje plany nie tracą na aktualności. A szczęście... zdaje się ostatnio mieszkać bardzo blisko.

24 kwietnia 2017

Post, który odbija się czkawką!


Jest poniedziałek, a my właśnie wróciliśmy z Ustki. Nie wiem gdzie podziała się ta nasza piękna wiosna, ale mogłaby już wrócić. Znów trafiliśmy na pochmurny dzień, a mi marzy się, by wreszcie plaża tonęła w jasnym świetle słonecznym. Czekam na dzień, kiedy rozłożymy koc na piasku, a Domini wreszcie wypróbuje swoje wiadereczko z foremkami. Tymczasem kolejny spacer w ciepłych kurtkach i czapkach za nami. Grzejemy się w domu, bo nieco nas przewiało. Domini już buszuje między swoimi zabawkami, Sław zmyka do pracy, a ja... a ja piszę Wam o tym, jak dzisiejszy poranek prawie skończył się katastrofą.

Zawsze, kiedy w środku tygodnia planujemy poranne wyjście we trójkę (bez różnicy czy to do urzędu, czy też na plażę) - obowiązuje nas limit czasowy. I o ile zazwyczaj wyrabiamy się ze wszystkim idealnie, o tyle czasem coś nam nasze plany krzyżuje. Tym razem była to... czkawka, która postanowiła dać mi w kość, a musicie wiedzieć, że czkania nienawidzę i jest to dla mnie istna katorga, bo jak już mnie złapie, to trwa nawet godzinę, a charakterystyczne "yyyp" słyszalne jest pewnie piętro niżej... Tak, to będzie najbardziej błahy wpis w mojej karierze, ale czy Wy znacie niezawodny sposób na czkawkę?

14 kwietnia 2017

Paryż Północy!


Ostatnie dni mijały nam jak szalone. Czas pędzi, Domini przeżywa kataklizm ząbkowania, a my wraz z nim. Do tego sporo spraw zwaliło nam się na głowy, a terminy goniły. No i Święta! W tym roku zdecydowanie nie zdążyłam wczuć się w ich klimat, liczę jednak, że wyjazd do rodziców nieco w tej kwestii odmieni, a zając zostawi coś od siebie dla Dominika w ogrodzie ;) Zanim jednak wyjedziemy postanowiłam, że napiszę post o mieście, które szczyci się tym, iż dysponuje największą kolekcją dzieł Witkacego!

Pewnie każdy z Was zna powiedzenie: "Cudze chwalicie, swego nie znacie". Do tej pory pisałam Wam o tym, że wielką frajdę sprawiają mi nasze rodzinne wypady nad morze i że zawsze, kiedy tylko możemy, wsiadamy do naszego autka i mkniemy. Do Ustki. Do Rowów. Do Poddąbia. Do Orzechowa. A kiedy mamy taką możliwość - dalej. Jednak takie wypady, choć zdarzają się nam często - mają charakter odświętny :) Na co dzień posiłkujemy się podglądaniem naszego miasta, które słynie z tego, że mamy tu najbarwniejszego prezydenta na włościach: jedni go uwielbiają, inni nie trawią (a ja jestem gdzieś po środku, bo mi się nieco komercyjny wymiar prezydentury przejadł; ale zdecydowanie doceniam pracę, jaką Robert Biedroń robi). To jednak nie ma być post o zabarwieniu politycznym :) To ma być post, w którym główną rolę gra  S Ł U P S K !

6 kwietnia 2017

Post o początku kwietnia



Na Seaside Stories rządzą historie z naszego życia. Nie da się ukryć. Kiedy zakładałam tego bloga wierzyłam, że uda mi się stworzyć miejsce łączące w sobie funkcje rodzinnego pamiętnika, który zapełni się barwnymi wspomnieniami, urywkami naszej codzienności i kadrami pełnymi dobrych emocji wraz z przestrzenią, w której umieszczać chcę moje przemyślenia na tematy ważne i ważkie. I choć nadal jestem na początku blogowej drogi już teraz wiem, że  T O  miejsce jest  M O I M  miejscem w sieci. Jest mi szalenie miło, kiedy tutaj zaglądacie, zostawiacie kilka słów od siebie :)

Dziś opowiem Wam o tym dlaczego tak bardzo lubię początek kwietnia. Dlaczego początek tej wiosny niesie w sobie pokłady niesamowitej energii i dlaczego wreszcie uśmiecham się na wspomnienie pewnej spawarki, ale... wszystko po kolei.

3 kwietnia 2017

Wyjechaliśmy, ale już powróciliśmy!


Czasem wydaje mi się, że  s p o n t a n i c z n o ś ć  to drugie nazwisko naszej rodziny, choć sprawa z nazwiskami jest u nas zdecydowanie bardziej skomplikowana i z pewnością kiedyś Wam o tym napiszę. Wiele z naszych decyzji wynika z potrzeby chwili lub jest naturalną odpowiedzią na to, co się właśnie wydarzyło. Tak było i tym razem :) Miał być niespełna tygodniowy wyjazd do moich rodziców, a skończyło się na dwutygodniowym urlopie pełnym atrakcji, zarówno dla mnie, jak i dla Dominiego. Oraz dwutygodniowej tęsknocie, jaka niewidzialną nicią połączyła Wielkopolskę z Pomorzem i odwrotnie, bo Sław niestety nie mógł sobie pozwolić na tyle wolnego.

Każda podróż do domu jest dla mnie najlepsza! Każdy dzień spędzony z bliskimi ma w sobie coś niezwykłego. Każdy spacer polną drogą lub środkiem lasu każe mi myśleć o szczęściu, jakie mamy. Domini świetnie się w tym odnajduje! Uwielbia szum i gwar mojego rodzinnego domu, który momentami pęka w szwach, by za kilka chwil opustoszeć i  zezwolić myślom zwolnić bieg. To tutaj psy pozwalają mu się tarmosić, koty wyginają grzbiety przyciągając promienie słoneczne. To tutaj kogut najpierw straszy "kukuryku", by za moment bawić tym swoim okrzykiem. To tutaj płot z zielonych sztachet wygląda jak poukładane kostki domina i niebo pierwszy raz w tym roku rozbłękitniło się prawdziwie wiosennie (a bazie mają już swoje kotki, nad którymi fruwały pierwsze motyle). Wiosna w rozkwicie! Wiosna w przebudzeniu! Ziemia pachnie życiem. Zieleń powoli maluje trawy soczystymi odcieniami, delikatnie pączkuje, bo bez, bo czeremchy, bo krzaki agrestu. Bocianie gniazdo na słupie przy domu pani G. jest już zamieszkałe! Jaskółki właśnie wprowadzają się do swoich kryjówek na stajni. Bratki strzelają kolorami, a krokusy tak niewinnie wychylają swoje główki znad krecich kopców. I słońce... chyba oszalało grzejąc prawie jak latem! Leciwy komplet mebli ogrodowych, który pamięta jeszcze pracę rąk wujaszka, znów służy jako towarzysz rozmów przy kawie. Łyski wychodzą na brzeg burząc spokój dostojnej ratlerki, która natychmiast rzuca się w pościg. I mrówki, mrówki znów kolumnami szkicują na drodze przed domem sobie tylko znane wzory.

14 marca 2017

Post pachnący morzem, czyli byliśmy w Rowach


Wczorajsze popołudnie upłynęło nam idealnie! Piękna pogoda najpierw wygoniła mnie i Dominiego na długi spacer, podczas którego pierwszy raz mój Synek huśtał się na placu zabaw. Później był szybki obiad (bo obiad z kuskusem zawsze jest szybki) i wreszcie... Sław wrócił wcześniej do domu, instruując, bym za 20 minut czekała wraz z Dominikiem przy parkingu, bo on nas porywa.  

Nad morze

Ostatnie 3 tygodnie nie były pod tym względem udane, bo stale ktoś w naszym mieszkanku chorował. A to Sław gorączkował, a to Domini miał upierdliwy katar i kaszel, a to mnie w kręgosłupie łupało... Armagedon. Ilość spacerów została ograniczona. Przychodnię oglądaliśmy od środka częściej, niż byśmy chcieli, a i apteka stanowiła cel pielgrzymek licznych. O nadmorskich wyprawach nie było więc mowy... (Preludium i pierwszy zły omen miał miejsce w Gdyni, gdy jakiś wewnętrzny przymus nie pozwolił mi na tułaczkę po porcie i błądzenie po plaży, bo telepałam się z zimna, a przecież właśnie po to do Gdyni pojechaliśmy kilka godzin wcześniej, niż trzeba było: żeby nacieszyć się morzem).

28 lutego 2017

Post poweekendowy o weekendzie właśnie



Poniedziałkowy wieczór: chłopaki już śpią, a ja mam te kilka chwil tylko dla siebie. Przede mną puszy się przepastny kubek kakao z cynamonem, kuszą zabunkrowane przed światem krówki. Delikatne światło lampy dyskretnie oświetla moje pole widzenia: zdjęcie Dominika, butelki, książka, którą Sław kończy, kończy i skończyć nie może. Mój mały, poukładany świat. Ktoś powie, że to nudne: te pierdółki dziecięce, te opowieści o facecie, o związku, ale... czasem nie trzeba niczego więcej, by być szczęśliwym. I czasem... trzeba to uwiecznić, co niniejszym czynię. Niech to będzie moje subiektywne podsumowanie weekendu! 

Za nami piękny, intensywny weekend, zainicjowany piątkową wyprawą do Gdyni, podczas której byliśmy z Małym u lekarza. Nim jednak odbyliśmy wizytę - wybraliśmy się do Akwarium Gdyńskiego w celu wiadomym. I było niesamowicie pięknie, choć... oboje ze Sławem czuliśmy niedosyt ekspozycji. Ważne jednak, że Domini zachwycał się na okrągło, przyklejał do szyb, rączkami próbował gonić za co barwniejszymi rybami. Nie marudził, nie grymasił (choć miał prawo być zmęczony po podróży). Dla uczczenia naszej wyprawy zaszyliśmy się w małej kawiarence - spontaniczna randka, ale z zegarkiem w ręku, żeby się na czas w gabinecie lekarskim stawić. (Planowaliśmy rozpocząć pobyt w Gdyni od wyprawy na plażę, zwiedzania portu, ale... po wyjściu z samochodu stanowczo zaprotestowałam, było mi tak zimno, że za nic w świecie nie dałabym rady spędzić chwili na brzegu. Ja. Właśnie ja. Ale... wstyd! Dlatego dziś, zamiast zdjęć znad morza - kilka ujęć Akwarium Gdyńskiego, mam nadzieję, że Wam się spodobają).

24 lutego 2017

Jak podróżować z niemowlakiem pociągiem i nie zwariować?



W przedostatnim poście pisałam Wam o moich obawach dotyczących podróży, w jaką wybierałam się wraz z Dominim pociągiem. Teoretycznie wojaże PKP to fraszka, jednak połączenie składu kolejowego i 9-miesięcznego żywiołowego niemowlęcia to już nie przelewki.

Zacznijmy jednak nieco inaczej: kocham podróże, ba! kocham przemieszczanie się! I nie ma dla mnie większego znaczenia, jaki środek transportu da mi taką możliwość. Jako dzieciak zjeździłam wakacyjnie Polskę wzdłuż i wszerz autem mojego wujostwa. To był piękny czas pełen przygód, niezapomnianych miejsc oraz widokówek nałogowo przesyłanych do domu. Do podstawówki i gimnazjum dojeżdżałam autobusami - i bardzo mi to odpowiadało. Owszem, trzeba było zwlec tyłek z łóżka o szóstej lub nieco wcześniej, ale miałam za to czas na poukładanie swoich myśli, już z nosem wlepionym w szybę. Szkołę średnią i studia naznaczyły historie mojego romansu z PKP, a romans był to burzliwy (albo biegałam po całym dworcu, bo co chwila ogłaszano zmianę peronu, albo nie miałam jak do składu wejść, bo ten był cały zawalony śniegiem, a to ledwie wycinek z pociągowych historii). Raz było lepiej, raz gorzej, ale zawsze pokonywana trasa dawała mi okazję do wytchnienia od codziennych obowiązków i problemów. W międzyczasie zakochałam się w lotach samolotem, czego tłumaczyć chyba nie trzeba nikomu, kto nie ma lęku wysokości. Pierwsze podniebne podróże niosły ogromne pokłady emocji i ekscytacji ;)

5 lutego 2017

Post pierwszy, nieśmiały



Każda wielka przygoda ma jakiś początek. Moja również - dziś właśnie zapraszam Was do tego, byście poznali mnie i to miejsce, unoszące się na falach niespokojnych mórz i moich myśli. Miejsce stworzone po to, by łapać chwile ulotne. Miejsce rodzące się w mojej głowie od bardzo dawna, ale dopiero od dziś faktycznie istniejące.

Zacznijmy jednak tak: mam na imię Paulina. Jestem żoną i mamą, zakochaną po uszy w moich Chłopakach. Powoli zbliżam się do trzydziestki i chyba dzięki temu jeszcze bardziej doceniam dany mi czas. Wiem, że nie będzie powtórek i tylko teraz mam szansę czerpać z życia garściami.